Zostałam brutalnie obudzona, poprzez kopniaka w brzuch... zwinęłam się z bólu w kłębek, i zaczęłam prosić żeby moje męki się skończyły.
- Dziś twój wielki dzień, dziwko - powiedział ten sam obleśny facet co wczoraj, przed wczoraj, i z przed całego miesiąca... tak jestem tu już około miesiąca... i wcale nie jest mi tu fajnie, muszę robić rzeczy od których robi mi się niedobrze... wolałabym już umrzeć niż robić to dalej...
- Codziennie to mówisz, i jakoś nigdy tak nie jest... Moglibyście mnie już wypuścić, nie nudno wam zawsze z tą samą laską ? - spytałam tak cienkim głosem, a jednak zdecydowanym... - i gdzie my w ogóle jesteśmy ?
- Wrocław, mówi ci to coś ?! - spytał donośnym głosem.
- Który dzisiaj ?
- 7 lipca a bo co ?! Nie zadajesz za dużo pytań !? - krzyknął na mnie...
A mi w głowie zaczęło się wszystko układać, dziś, Wrocław, Hala Stulecia, Mecz z USA.... jedyna szansa na ucieczkę
- Odpoczniesz sobie dzisiaj... Mamy dzisiaj z szefem parę spraw do załatwienia... Nie będzie nas... Ale nine próbuj nawet uciekać... - zaśmiał się i wyszedł.
Może Bóg na prawdę mnie kocha ? Wszystko układa się po mojej myśli...
Spojrzałam na zegar... godzina 16... Mam jeszcze 4 godziny...
Usłyszałam że drzwi się zamykają.. Poczekam do 17...
Wstałam szybko, co sprawiło mi wiele bólu... Miałam na sobie podarte ubranie włosy miałam straszenie poszarpane... wyglądałam jak trup...
Podeszłam do drzwi... zamknięta...
Rozejrzałam się, okno ! I to na dodatek nie tak wysoko... Otworzyłam je i z trudem wyszłam na zewnątrz.
Rozejrzałam się i kompletnie nie wiedziałam gdzie jestem...
*Zbyszek*
Ostatni mecz w Polsce... a ja jej jeszcze nie znalazłem.... Miesiąc ! cały miesiąc czekałem i się nie doczekałem...
Dziś trener powołał mnie do pierwszej 6, żebym chociaż na chwilę zapomniał...
Grałem/próbowałem grać jak najlepiej... całym sercem, ale nie mogłem, całe serce miałem przy Marcie...
Wygrywaliśmy 2:1 szedłem na serwy... i gdy już podniosłem piłkę, rozległ się krzyk Igły :
- MARTA !? - oczy wszystkich odwróciły się w tą samą stronę, stała tam strasznie marnie wyglądająca Martusia... I w tej samej chwili co ja rzuciłem piłkę i nie zważając na bandy i wszystko inne, Andrea poprosił o czas..
Dobiegłem do niej i wziąłem w swe objęcia, z moich oczu płynęły łzy, z jej także.
Trener pokazał żebym wziął Martę i poszedł, takim sposobem na boisku ukazał się Kuba...
Poszliśmy do szatni...
- Musimy jechać do szpitala. - oznajmiłem.
- Nie, proszę.. - powiedziała tak cienkim głosem, jakby umierała...
--------------------------------------------------
Przepraszam że taki krótki ale nic mi już do tego rozdziału nie pasowało... nie chciałam psuć atmosfery...
i taka jeszcze informacja dla tych którzy być może czytają moje inne blogi... DOPÓKI NIE SKOŃCZĘ TEGO TAM ROZDZIAŁY SIĘ NIE POJAWIĄ !
Czyżbym była pierwsza? :)
OdpowiedzUsuńWcale mi do śmiechy nie jest, bo nie przypuszczałabym, że Marta może być więziona aż miesiąc, ale wreszcie udało się jej uciec, a to już napawa optymizmem, tylko przecież jej nie może się coś poważnego stać. Ona nie może umrzeć, a z wypowiedzi Zbyszka wnioskuję, że jest z nią bardzo źle... Błagam, niech wszystko będzie już cacy, hmm?
Pozdrawiam,
Dzuzeppe :*
Ps. Zapraszam do siebie :)
dodaj kolejny rozdział bo nie wytrzymam.... prosze !!! :)
OdpowiedzUsuń